Pierwsze, rzeźbione w lodzie, płatki śniegu opuściły swoje pochmurne domy, w dzień taki jak każdy inny. Opadały powoli, tańcząc między sobą, w parach bądź samotnie, czasem grupowo, nie wiedząc co tak naprawdę ze sobą zrobić. Żyły dłużej lub krócej, przykrywały stadami korony bezlistnych drzew, betonowe miasto, wilgotne ścieżki nad rzeką, wyblakłą trawę. Najszybciej jednak umierały w zetknięciu z człowiekiem. Pragnąc ciepła zbliżały się, coraz niżej, coraz bliżej. Całowały każdą część twarzy, bądź dłonie rozpuszczając się, pozostawiając po sobie jedynie smugę beznamiętnej łzy. Nieliczne wplątywały się we włosy, usypiając. Znowu. I od nowa. I jeszcze raz. Jaki ma to kurwa sens. - ...to jest ten czas, kiedy myślisz, że wiesz wszystko. Całość wydaje się łatwa, każdy puzzel pasuje. Ludzie rozumieją, łał, nawet nie musisz się o to specjalnie starać! I nagle, od tak, bez żadnej zapowiedzi, to wszystko się pierdoli. Nawet nie wiesz kiedy zaczęło się pierdolić. Masz jedynie świadomość, że ciężko będzie to naprawić. O ile dasz radę to naprawić, bo nie wierzysz w innych a co dopiero w samego siebie. Jak dokonać czegoś niewykonalnego?
- Skarbie, znowu pieprzysz na głos sam do siebie - napomknęła Elisabeth, ociężałymi ruchami wymykając się z kanapy na taflę drewnianej podłogi. Spoczęła tam rozciągając się gwałtownie, w międzyczasie zerkając na Christophera i zacisnęła wargi na filtrze dopalającego się, słodkiego papierosa. Chłopak jednak zdawał się jej w ogóle nie słyszeć. Zdarzało mu się to coraz częściej. Zaczynał coś nie potrafiąc skończyć. Można by się zmartwić, ale dziewczynie nie zależało na wielu dotyczących go rzeczach, z tym dziwnym nabytkiem włącznie.
- Jesteś do dupy, Cassie - skrzywił usta w obolałym uśmiechu, założył nogę w kostce na kolanie drugiej, wciąż leżąc. Dopalał papierosa podobnie do brunetki, niespecjalnie zainteresowany jej jakże inteligentną odpowiedzą na temat. - Nie, czekaj... Emma? Eleonor? Alice...? - zacisnął wskazujący palec wraz z kciukiem na grzbiecie nosa, marszcząc brwi. Wyprostował plecy nieznacznie unosząc biodra, zerknął na nią, w dość nieświadomy sposób spalając ze sobą ich spojrzenia.
- Spierdalaj - uderzyła wnętrzem dłoni o podłogę, podparła się wstając szybko i złapawszy w locie torbę zmierzyła chwiejnym, lecz stanowczym krokiem, do wyjścia.
- Ej, czekaj! - wyciągnął prostą rękę chcąc uchwycić znikający zarys postaci. O dziwo, zatrzymała się. Podparła rękę o wypięte biodro, patrząc na niego z góry.
- Tak?
- Obciągniesz mi na odchodne?
- Agh! - tupnęła nogą, obróciła się na pięcie i wyszła, trzaskając drzwiami, a ten uśmiechnął się głupio do siebie zrywając do siadu.